Wesela międzynarodowe są dla mnie zawsze zagadką. Nie na darmo się mówi, że co kraj, to obyczaj i powiedzenie to odnosi się także do ceremonii zaślubin i wesel. Włoskie wesela zawsze kojarzyły mi się z winem i celebrowaniem posiłków. Długimi rozmowami w ciepły, letni wieczór. I takie pewnie są włoskie wesela ale chyba tylko we Włoszech. Powiedzieć, że wesele Justyny i Simone było inne to jakby nic nie powiedzieć. I chociaż było i wino, i długie rozmowy, i ciepły (a raczej upalny) letni wieczór to przede wszystkim był ogień! I czyste szaleństwo!

Ona  to Justyna – Polka, blondynka o błękitnych oczach i słowiańskiej duszy, On to Simone – Włoch, mieszkający w Polsce od 5 lat ale jak na razie lepiej mu wychodzi słuchanie po polsku niż mówienie. Razem duet nie tylko piękny ale też kipiący energią. I ich goście, z Polski i Włoch, chociaż czasem nie wiedziałam kto jest skąd bo ci z Polski mówili po włosku, a ci z Włoch mieszkają często mieszkają w Polsce…od kilku lat:) Ale tam się tyle działo, że i tak bym nie nadążyła! Ale wszystko zaczęło się w pięknym kościele św. Mikołaja w Krakowie. Były uśmiechy i prawdziwe łzy wzruszenia. Żar lał się z nieba ale przecież Włochom to nie przeszkadzało. A potem już tylko kilka kroków do Restauracji Avangarda i bawili się tak, że nie sposób mi było sobie usiąść. Ale wybaczam im to bo po takich weselach, chociaż jestem wykończona to wiem, że to ogromny przywilej poznawać tak wspaniałych ludzi i być częścią tak wyjątkowych chwil.